bez daty, bo zawsze aktualne

Nasze matki, podobnie jak ich matki, czyli nasze babki, mawiały: „jeśli facet mówi, że jest w pracy, a nie jest, to zdradza na pewno”. Hmmm. Skąd taka wiedza i czy czymś poparta? Nie wiem. Ale jeśli by potraktować tę tezę serio, można by dojść do następującego wniosku:

  • dobra wiadomość jest taka, że akurat przeważnie nic niewiadomo. Bo Aktualny ciągle jest w pracy i nigdy w niej nie jest, ponieważ pracę ma wszędzie, a miejsce pracy nigdzie. Na dwoje babka, a za nią i matka, wróżyła. Oznacza to bowiem, że może i zdradzać i nie zdradzać równocześnie. To już raczej dla niego tylko dobra wiadomość. Dla mnie niekoniecznie, bo prawdopodobnie nigdy nie poznam prawdy, a o tej z kolei mój ojciec, oficer bratniego wywiadu, mawiał, że lepiej jej nie znać. Więc znowu jestem do przodu, a konkretnie w komfortowej sytuacji. Prawdziwie komfortowej. Komfort bowiem to możliwość wyboru. Mogę przecież wybrać:

    a) zdradza

    b) nie zdradza.

    Niepotrzebne skreślić. Potrzebne zaznaczyć kółkiem. Jak komu wygodniej. Istoty nie dojdę, faktów nie sprawdzę, a prawdę mówiąc nic mnie to nie obchodzi, bo życie jest gdzie indziej…, a Aktualnemu można przydać przedrostek „nie”.

    Żony polityków, żołnierzy, sportowców, artystów, filmowców, lekarzy i dziennikarzy mają słodkie życie. Prawdziwie słodkie. Nic im nie grozi. Bardzo długo, jeśli są wytrawnymi graczkami, może nawet do końca życia, są bezpieczne. Dopóki same nie uwierzą w to, co podszepnie im zraniona rzeczywistość, albo znudzone koleżanki… i tU – jest klU. Bo posiadać męża, co taki atrakcyjny zawód wykonuje jest romantyczne, ale – znów bez przesady! Dlaczego ona ma mieć lepiej niż ja? – pyta żona Zwykłego. Dlaczego ma mieć wieczorem (gdy go nie ma) święty spokój i prezenty z podróży, a najczęściej z lotniska, podczas gdy jej Zwykły do domu codziennie o 18 wraca, obiadu żąda, telewizję ogląda i regularny seks (w dodatku z nią samą) uprawia. Nuda. A taki polityk, żołnierz, sportowiec, filmowiec, lekarz, dziennikarz, artysta, to po pierwsze niewiadomo kiedy wróci, co i gdzie zje i z kim seks uprawi raz czy drugi przelotnie, niezobowiązująco i choćby nawet po koleżeńsku. Taki mąż to jest gratka i zagadka jednocześnie. Z pozycji swej i doświadczenia mogę to wyobrażenie ostatecznie potwierdzić. Ale – zagadki są dla dzieci, gratki zaś dla starców. A życie jest gdzie indziej…

    Kiedy mój pierwszy Branżowy Chłopak, z wyboru i wielkiej miłości – wędrowny artysta marihuanista, wsparty o wystawiony przeze mnie na schody worek z ubraniami, utkwił we mnie wzrok rozczarowanej kartki z kserokopiarki i powiedział: „kochanie, pieniądze to stan ducha” raz na zawsze straciłam rozeznanie w rachunkach – cudzych, bo swoich zaczęłam wreszcie pilnować nie licząc na wsparcie (po)bliskich.

    Kiedy mój pierwszy Branżowy Mąż odchodził zabierając blaszane pudełko na herbatniki po matce i naszego dorastającego syna, powiedzia(do dziś nie wiem do kogo, choć patrzył wyraźnie w moją stronę mrużąc lewe oko, jakby sprawdzał ustawienie kadru): „kiedy wykonujesz zawód taki jak mój, nie powinieneś mieć rodziny”. Ton miał boleściwy, wzrok szklany i ręce wsparte o stół. A ściśle: jedną. Drugą podtrzymywał statyw marki Sachtler, który idealnie mu pasował do lewej nogi w bojówkach, a jeszcze lepiej do kamery

       A kiedy mój pierwszy Branżowy Narzeczony zrobił mi remont, leczo i dziecko, a ściślej córkę, a następnie wyjechał robić reportaż z Iraku i zginął rozerwany przez minę, zrozumiałam, że nieważne czy facet pije, bije i zdradza, czy też jest śliczny, higieniczny i romantyczny. Nieważne. Wszystko jest gdzie indziej… To s i e b i e nie opuszczę aż do śmierci. Reszta jest przelotna, zawrotna i zawodna. Podniecająca, orzeźwiająca i ogłupiająca.             Reszta jest niezbędna, ale wszystko jest gdzie indziej. We mnie. Dobrze o tym pamiętać, kiedy obcy u bram…

blog

 

14.09.2015 Kocham kino.


I miłości tej się nie wyprę, jak też i nie oprę, bo i po co, skoro bywa z wzajemnością.
Otóż, nieczuła na magię w blasku księżyca, pragnę znaleźć raczej odpowiedź na pytanie: Jaki jest punkt widzenia rzeki i cel jej drogi ostatecznie? I czy to aby nie jest droga bez powrotu? Według moich obserwacji i wieloletnich doświadczeń ów punkt jest conajmniej znikającym punktem. Z pewnością zaś zmiennym. A cel, choć niby kierunek znany, to cel bynajmniej. Dlaczego? Jak mawia znający się na temacie operator filmowy: Albo to wiesz jak nie wiesz? Można ewentualnie próbować spojrzeć oczami szeroko zamkniętymi również i z tego punktu widzenia rzeki (próbowania jeszcze konstytucją nie zabronili), ale sukces niegwarantowany. Nic, tylko szum i chlust (nie)przełamujące fal. Wchodzisz bosymi stopami, na totalną własną, ale jakże słodką (masz wrażenie) odpowiedzialność do tego strumienia, wydaje się, że cię omiata, koi i wspiera w upale parszywego istnienia (żenująca metafora zastosowana celowo) i że nawet popędzisz z tym nurtem aż poleje się krew, a właściwie może w tym samym kierunku popłyniecie i jeszcze tam coś, czego oczy nie widzą, czy konta nie zliczą, a sercu ostatecznie żal, czy żarówka na całkowite zaćmienie. Ale nie, bo oto na trasie świątynia zagłady (Indiana Jones wysiadł i nie przeprasza), bowiem zanim się obejrzysz, choć wiesz, że jedna już na tym źle wyszła (chyba Eurydyka), okazuje się, nawet nie wiesz kiedy, ale oto kilka rzeczy już niemal nieaktualnych, a mianowicie: rzymskie wakacje, wino truskawkowe (słaby ma procent), 300-tu (złotych nie będzie na opłaty), dzieje grzechu (dawno przebrzmiałe), ziemia obiecana (niefrasobliwie, bo nie dotrzymana), atak klonów (ewentualnie dronów), jutro idziemy do kina (sądzę, że wątpię). Z wnikliwych oględzin wynika, że nastąpiły igrzyska śmierci, skutkiem których z tej wyprawy pozostał jedynie i ewentualnie krwawy diament i cienka czerwona linia (może do przekroczenia, ale kto by chciał). Raczej na pewno jedną z przyczyn jest obcy decydujące starcie (chociaż obcemu już od dawna dziękujemy, bo destrukcyjny z niego lokator).  Myślisz, myślisz, bo tego ci nikt nie zabroni i odkrywasz, że najgorszy w tej podróży  nie jest terminator, którym musisz się stać, żeby przetrwać, tylko to, że jutro nie umiera nigdy.

Możesz się skupić. Wystarczy powiększenie i zobaczysz, że Dolce vita nadchodzi.

Stamtąd, gdzie rosną poziomki…a to prawdopodobnie (jak daleko stąd) jak/tak blisko, że tylko patrzeć….hepiendu.

kino50

                                                               (fotografia celowo pozbawiona głębi ostrości)

20.05.2015. O piciu i o słowie.

 

„Zdobądźmy się na odrobinę szaleństwa i napijmy się szampana przed śniadaniem” (Malcolm Lowry). Kilka razy próbowałam. Działa. To znaczy na mnie działa. Bo, jak każda dama, uwielbiam szampana, ale że „świat dla dam dziś już nie ten sam” czuję się czasem zmuszona do wypicia czegoś innego. Innego alkoholu, który tak ładnie nie pachnie i tak ładnie nie wygląda. Mało tego, tak dobrze się nie rymuje. Ewentualnie żyć pozwala („wódko pozwól żyć”) lub głowę kiwa („od piwa głowa się kiwa”). Żenująca perspektywa. Nic tylko pić, żeby zapomnieć i nie wstać. Bo kto rano wstaje temu…, a nie, to nie to. Gorsze, że są ludzie, którzy mówią tak jak piją, albo raczej mówią jak to, CO piją.

Jednak, na szczęście, ku pokrzepieniu serc, pod mocnym aniołem i proszę państwa do gazu, bo o byciu pod gazem dziś trochę, na szczęście więc, pod ewentualną nieobecność szampana, który lubi się czasem skończyć, jest coś, co działa podobnie cudownie i można po nim prowadzić pojazd mechaniczny, a także SIĘ również (nie)przyzwoicie, ale za to z klasą i mową nie (zaś) trawą.

SŁOWA. Odpowiednio dobrane. Trud spory, kompetencje wrodzone potrzebne, uwaga i płynność myśli zamiast galopującego chaosu – mogą pomóc, ale – nie każdy ma ten dar. Nie każdy szyk nieprzestawny wie jak nadać wypowiedzi, czyim przyimkiem ozdobić, jaką metaforą nie spierdolić wszystkiego. Nie każdy ten czy ów. Nie każdy pija szampana przecież. Niektórzy mniej godziwe trunki.

A więc, zdobywając się przy tym wszystkim jednak na odrobinę szaleństwa –  czekam. Słucham, czy ktoś coś ładnego powie, na przykład zanim zaśnie zasypiając (gruszki w popiele), albo zanim skończy, bo zanim zacznie nic nie zdąży przecież powiedzieć. Czy słowa dobierze w zestaw klasyczny czy awangardowy, ale świadomie nawiązujący do.

Zdarza się, że w popłochu przed rozczarowaniem, uprzedzając bezduszne fakty, proszę: powiedz coś miłego i kiedy słyszę: seledynowe futerko w kropeczki, to wiem, że Słowo Ma Sens, ma moc, język jednak szampanem płynie, czasem szumi, a czasem do głowy uderza jak wino…(fuj, niewybredna metafora).
Potem, taka możliwość: zbladła, upiła się i upadła. Też piękne i choć temat wciąż alkoholowy i mało elegancki, to jednak płynnie (znowu), obrazowo i idealnie, powiedziałabym, oddając sytuację podmiotu w momencie kryzysu. Są i tacy, co wiedzą o sobie choćby tyle, że piję dzisiaj od wczoraj i już oni znakomicie wiedzą, co mówią, choć bardziej piciu niż językowi się poświęcają, ale za to z wprawą godną nieszczęsnych naśladowców. Do czego zmierzam, choć nie po pijaku, to możliwe, że po omacku…? Do tego, że słowo może być afrodyzjakiem, że może upajać, w głowie kręcić i obezwładniać bez procentu, za to na długo, oby na co dzień lub choćby przynajmniej od święta.

Duży Murzyn w beżowym płaszczu ukończył szkołę ruszania z wyróżnieniem*. Brzmi? Dla mnie elektryzująco. Jak słyszę coś takiego mogę nie pić szampana… (do czasu przynajmniej).

*wszystkie cytaty podane kursywą są wypowiedziami autorskimi osób, które pięknie mówią, nieświadomie, spontanicznie, z tak zwanej bańki, z zaskoczenia i bez napinki, za co im z góry (a właściwie z dołu przecież) serdecznie dziękuję.

Lomogram_2015-05-20_12-22-43-AM

15.05.2015

Nowy magazyn 35plus!

Tu: https://play.google.com/store/apps/details?id=pl.magazyn35plus

publikuje mój felieton pt. „kolorowy może więcej”…

Na przekór jego treści foto b&w

nabloga b&w30

Mówią, piszą, a wręcz, nie bójmy się powiedzieć, straszą, że „ładny może więcej”. Albo wymiennie, zależnie od tego kto to mówi, że „ma łatwiej”. Mam pewne powody podejrzewać, że w tej pierwszej sytuacji są to niewykluczone, że mężczyźni; w tej drugiej zaś prawie dowiedzione, że kobiety. Osobiście nie posiadam potwierdzonej dyplomem wiedzy na wyżej wymieniony temat. Co do pytań zaś, czy sprawdziłam, czy nie sprawdziłam… czy polecam czy nie, to już temat na inny zgoła temat.

Co najmniej zbite z tropu, a już tym bardziej pogrążone w otchłani nieśmiałej rozpaczy społeczeństwo, w tej sytuacji ucieka się do ucieczki od siebie samego. No bo, jeżeli mówią, że „ładny”, to znaczy, że jest też brzydki, a jak brzydki, to „na pewno o mnie” – efekt bolesnej i trudnoodwracalnej identyfikacji z podmiotem. Stanowczo zaprzeczam i uporczywie zwracam w tym miejscu uwagę, że logika to nadto pokrętna i daleko od prawdy drzemiąca.

Trzeba wreszcie powiedzieć, że „ładny” jest względny i zależny od. Nie potwierdzono również, kiedy z powodu swojej „ładności” więcej może, a kiedy mu to piękno wręcz odwrotnie – czyli, że zaszkodzić z kolei może też. Więc niepotrzebnie tyle hałasu o urodę, bo cóż po urodzie, kiedy magazyny mody i kanony piękna na przestrzeni wieków i stuleci jednoznacznie wskazują, że ta zmienna, względna, zależna, a w ostateczności oszustna jest.

I tu element zaskoczenia, albo rozwinięcia, konkluzja, lecz jeszcze nie płęta1. Otóż: co innego jest pewne, i powiedzieć, że to prawda wielka i w prostocie swej obezwładniająco ratująca świat, to ledwie szepnąć na zadany temat. Otóż:

Kolor jest ładny, a kolorowy może więcej.

Bynajmniej żadnych tu aluzji rasistowskich. Przecież nie w tych czasach, nie w cywilizowanym kraju, nie w dobie internetu i picia czystka. Nie to. Kolorowy, znaczy ten czy owy w kolor odziany czy przyobleczony. A ulica nasza jest szara2. (nieco mi niesmacznie z powodu niewyszukanej tej refleksji, ale czasem od banału donikąd ucieczki). I choć kolor ów kilka sezonów temu zrobił zawrotną i pozostającą tymczasem na niemal niezachwianej pozycji lidera, karierę w modzie, to nie ten szary jest sprawcą smutku na ulicach (bynajmniej nie kwitnącej wiśni), w autobusach (bynajmniej nie czerwonych), czy pociągach (bynajmniej nie tych, na które wystarczy zielony bilet). Nie ów. Inny.

Ten, co to się boi. Bo Polka się boi. Polak się wstydzi. Projektant się waha. Sprzedawca się nie decyduje – na kolor. Bo szaro, brązowo, beżowo, czarno, ewentualnie granatowo – jest bezpiecznie, a bezpieczeństwo w naszym – wielkie i wstydliwie zarazem słowo – narodzie, po latach beznadziejnej okupacji, udręki bez ekstazy i ciemiężenia bez przeproszenia – jest rzeczą główną. Bezpieczeństwo jest priorytetowe, a nawet priorytetowsze (stopień wtajemniczenia nieco wyższy) niż zadowolenie, nie mówiąc już o samozadowoleniu, czy jakiejkolwiek jego bezwstydnej pochodnej.

A więc szaro, aby nie rzucać się w oczy, ani bynajmniej nie (na) rzucać (się). Jeśli już w ogóle „rzucać”, to ewentualnie się do Wisły. A więc bez – piecznie. „Bez pieczy” oznacza bez opieki, i tu, w tym miejscu ma znaczenie, nie da się przecież ukryć, złożone psychologicznie. Mało tego, w toku naszych rozważań paradoksalnie, ale – prowadzi prosto do celu i udowodnienia postawionej powyżej odważnie tezy, że kolorowy może więcej. Dlaczego? Ubierając się bowiem „bezpiecznie” uciekamy od opieki nad sobą, od wiary we własną cudowność, barwność, we własną moc sprawczą. Odbierając sobie moc niesioną przez kolor uciekamy od siebie, pozostawiamy siebie bez uwagi i opieki. W takich warunkach znikąd pomocy, nie ma siły, nie ma mocy, nie ma lekko. A miało być „łatwiej” i miało się „móc więcej”.

Apeluję, zachęcam, a wręcz namawiam do zwrócenia, spuszczonego na bruk w kolorze bruku, spojrzenia w kierunku koloru właśnie. Bo niebieski podkreśla oczy. Bo różowy orzeźwia cerę. Bo zielony wyzwala nadzieję. Bo żółty rozświetla myśli. Bo czerwony stymuluje, a fioletowy nastraja. A jeśli je wszystkie zebrać do przysłowiowej, też nie mogącej się pochwalić pożądaną barwą, kupy – nie tylko można, ale nawet  „więcej” i  „łatwiej”. Bo kolor jest ładny. Jest więc zatem i szansa. Na kolorowo. Ku zaskoczeniu innych i zawstydzeniu własnym. A kiedy ono już przejdzie, to jasne będzie, że kolorowy może więcej.  Na wiosnę!

1zawsze chciałam to napisać fonetycznie

2 z góry, a właściwie ze środka felietonu przepraszam wszystkich, którzy się do tego stanu nie przyczyniają. Tym dziękuję i obiecuję pochwałę uściskową i goździk do ręki

21.10.2014 Portret rodzinny

Kocham swoją pracę.

Lubię tę robotę.

Na nic innego bym tego nie zamieniła.

Powyższe stwierdzenia są równo – jak i bliskoznaczne i odnoszą się odpowiednio do trzech dziedzin mojego zawodowego i poza ? życia. Także naprzemiennie. Z ostatniej niemal, choć już nieco minionej chwili refleksję mam ścisłą: Zarówno ekipa  na planie filmowym jak i zespół w teatrze są jak jedna wielka rodzina. Z tą różnicą, że rodzina filmowa jest rodziną nakierowaną na cel. Rodzina teatralna zaś ? na proces. Rodzina filmowa w szybkim, choć zawsze za krótkim czasie, robi wszystko by wykonać zadanie. Każdy z jej członków wie za co jest odpowiedzialny i tego właśnie pilnuje. Ma świadomość, że jest częścią całości. Mobilizacja sił następuje o szóstej rano i nie ma prawa spaść do dwudziestej drugiej. Konkret. Działamy. Robimy. Napie?my. Akcja. Dziękuję. Mamy to.

Rodzina teatralna zaś tkwi w procesie (s)tworzenia. Szuka. Błądzi, bo ma prawo. Potrzebuje czasu. Zrozumienia. Akceptacji. Laboratoryjnych warunków. Prawie nigdy zaś ? akcji. Każdy z jej członków jest indywidualną całością. Bez części. Każdy zna swoje miejsce, ale zna też miejsce drugiego, a jeżeli on sam go nie zna, to kolega chętnie wskaże. Pracujemy. Próbujemy. Jesteśmy w procesie. Wydobywamy to. Dochodzimy do tego. Badamy materię tekstu. Zmierzamy do celu. W końcu – GRAMY. Ale – czy ?to mamy?? I czy ?dziękuję? jest prawdziwe? Czy można mu wierzyć?  I ? co autor miał na myśli?

A w pisaniu najlepsze jest to, że można wszystko. I tak zawsze się ktoś obrazi.

A w Poznaniu na planie rosły żubry…

 

Lomogram_2014-10-14_09-09-31-PM

02.09.2014 Koniec

 

Koniec był bliski. Od początku. Wiadomo, że nieodwołalny. Jeśli więc coś się zaczęło skończyć się powinno, choć doświadczenie pokazuje, że bywa i nawet inaczej, a miejscami akurat odwrotnie. Ale nie tu. Nie w tym wypadku. Nie tym razem mianowicie. Przyszło kropkę postawić. Postawić kropkę jest okropnie. Kto stawiał ten wie. Kto nie wie, niech nie stawia. Kropka kropce coprawda nierówna. Ale kropka tak zwana ostatnia, kropka kropek, jest bezwzględna i nieugięta. Nie pozwala bowiem, aby cokolwiek po niej nastąpiło było. Można przeciągać tak zwaną strunę, co czynię z niejaką wirtuozerią. A mianowicie, stawiam kropkę i czekam. Odczekuję. Przeglądam. Filtruję. Poprawiam. Zczytuję. I się oszukuję. Że to jeszcze nie koniec. Ale ? na takim mydleniu oczu i klawiatury można przepędzić czas jakiś, ale nie wieczność przecież. Zwłaszcza, gdy wydawca ? czeka. Napisałam. Co mogłam i co chciałam. Wysłałam. Teraz ja czekam.

 

Lomogram_2014-08-13_11-47-16-PM

 

 

27.09.2014

Słaby Bohater

Zapytał mnie ostatnio Mężczyzna, czy moja nowa książka jest znowu o słabych mężczyznach. Zaskoczył mnie tym pytaniem niesłychanie, ale i poniekąd ucieszył zarazem, bowiem: zamyśliłam się, i myślę po tak zwany dziśdzień, i do czego mianowicie dochodzę (bo ponoć, jak mawiali klasycy STS-u: myślenie ma kolosalną przyszłość). Otóż dochodzę ja do tego, iż po pierwsze ?znowu? mogłoby oznaczać, że ja już kiedyś o słabych mężczyznach napisałam, a ja na przykład wcale nie pamiętam, ale że z lubością w ogóle o nich piszę, to może mi się jakiś wymknął spod tak zwanej kontroli? Nie wiem. Ani, żeby byli słabi, ani żeby mi się tak choćby wydawało. Po drugie i w ogóle nawet po każde, bynajmniej nie uważam, aby słabość  była cechą właściwą i wyróżniającą jedynie tychże. Wykluczone. Po trzecie, nie mam w ogóle niestety pojęcia ani cienia talentu, czy nielegalnie nabytych możliwości, aby uczynić Bohatera słabym.  Przeciwnie, ja rozpaczliwie żenująco i obrzydliwie kompromitująco pragnę, aby mój Bohater był Silny! Niekoniecznie, żeby góry przenosił, dzika upolowywał, terrorystę zastrzelał. Wcale niekoniecznie, a wręcz naprzeciwnie, o to jedynie chodzi, aby wiedzę miał. I to od razu wcale nie szeroką i o wszystkim, niekoniecznie z zakresu wąskich specjalizacji, nawet nie o czym szumią wierzby. A jedynie, na potrzeby czasem tylko i wyłącznie, aby wiedzę miał na temat: TAK czy NIE?

Lomogram_2014-09-05_04-25-05-PM

I, wierząc, że Bohater mój silny jest, w spokoju ducha i ciała swoim słabościom oddać się mogę. A tych wiele…

 

15.04.2014. Bohatera nie uświadczysz, ale jest jazda

Przychodzi do mnie przyjaciel, który musi napisać scenariusz. Przychodzi, żebym ja mu napisała, a on mi opowie, o czym to jest. Siadam, słucham. Wzrokiem toczę coraz tępszym i tępiejszym. Milczę. W myślach porządki w szafie robię, żeby się nie wznosić mentorskim tonem niepotrzebnie. Paznokcie skubię (lakier świeży nie chce odpryskiwać). Fałdy mankietów układam pokiwując głową w tę czy wewtę, od dzieciństwa nie wiedząc, gdzie jest ?wewta? (ps. jak ktoś wie, informacje proszę na priv). Ale długo tak przecież nie umiem, więc się w końcu odzywam. Tonem nosowym, nudnym, zrzędliwym, wszystkie rozumy zjedzącym. Że nie ma bohatera. Że nie ma dramaturgii. Że nie ma zakończenia. Że nie ma czytelnego przesłania. Nudzę marudzę. Przekonania swego dowodzę. Przyjaciel niby patrzy. W twarzy palcem dłubie. Entuzjazm go nie opuszcza. Jakby mnie nie rozumie o genialności swego pomysłu przekonany i:

  • Ale jest jazda! – powiada.

Faktycznie. To przyznać muszę. Specjalista od reklamy dowodzi: ?wiedza pochodzi z przeszłości. A przeszłość jest bezpieczna i nieaktualna. Jest przeciwieństwem oryginalności, tylko wypływając na nieznane wody możesz osiągnąć sukces?. Faktycznie, wróżę przyjacielowi s u k c e s w reklamie! Ale w literaturze…?

Zresztą, może ja też powinnam przejrzeć na oczy…?

photo

 

11.04.2014. Bohater porzucony

pisze(sz)?

O takim tytule maila otrzymałam dwa dni temu, a do dziś przestać myśleć nie mogę. Bo mail ów, prócz innych walorów językowych i sympatycznych wstrząsnął mną solidnie miejsce w szeregu natychmiast wskazując.

Bo dlaczego nie piszę? Dlaczego nie sprawiam wrażenia, że piszę? Albo dlaczego przynajmniej nie informuję, że coś napisałam. Dlaczego Bohatera w braku poczucia winy porzuciłam byłam? Ale ? główne i tak to pierwsze. Pisać trzeba. Nie się obnosić po wiośnie w nowym fosforyzującym szaliku. Nie ekscytować dźwiękami remontu nieocenionymi dłońmi Wszechumiejącego Ojca wykonywanego. Nie gotować drugiego w życiu gulaszu ze schabu z nadmiarem pomidorów, żeby smak, zapach i wygląd mięsa możliwie skutecznie zneutralizować. Nie liczyć na byłych i przyszłych w kwestii, że przeszli satysfakcjonującą przemianę i wiedzą skąd przychodzą, dokąd zmierzają i za czym kolejka ta stoi. Nie oglądać się rozentuzjazmowanym wzrokiem za obezwładniającym moje automobilskie poczucie estetyki samochodem marki na ?O?, który w modelu nosi imię męskie. Słowem, nie rozdrabniać się, nie rozmieniać, nie rozkojarzać i nie otwierać zbytnio na świat otaczający, a z laptopem się zamknąć, zapomnieć i wziąć się wreszcie do roboty… No to idę…

2014-01-22 17.50.06small

8.02.2014. Bohater jest tylko jeden

Miałam niedawno urodziny. Nie w celu upomnienia się o życzenia piszę, bo życzenia po fakcie są co najmniej jak niedziela w środku tygodnia ? przynajmniej nie na miejscu i przyjemności nie czynią bynajmniej. Ale z tego powodu, iż, prócz tortu w postaci przeciętego na pół świeżego, pachnącego i ? przepraszam za niewskazaną w tej części narracji ostentację ? jędrnego melona, otrzymałam książkę. Niepytana, natychmiast odpowiadam, że książki dostawać w prezencie z okazji i bez ? bardzo lubię. Owszem, nie za dużo, bo trzymać nie ma gdzie, ale tak z dwanaście sztuk rocznie ? z otwartymi ramionami przyjmę.

Żeby przejść do sedna ? dostałam książkę, którą już mam, mało tego, którą czytałam. Wciąż mało, którą czytałam jeszcze ZANIM jej autor za tąż właśnie otrzymał prestiżową nagrodę i dużo długo ZANIM znany z autorskiego kina reżyser zrobił na jej podstawie, a nawet pod jej tytułem film. Tak, wszystko ZANIM…

Książkę tę jednak otrzymawszy, otworzyłam, tak jak stałam, po spożyciu melona z szampanem, i jęłam czytać ponownie, po latach, acz nie poniewczasie, ale za to pochłaniając wielkimi haustami, na które pozwalały czas, miejsce i słabe światło nieenergooszczędnej żarówki.

Minęło trzynaście lat…

od czasu pierwszej lektury naturalnie, w czasie których zmieniło się wiele (nie żeby zaraz epatować prywatą, że w moim życiu… choć też), ale jedno pozostało trwałe, a nawet trwalsze ? przekonanie, a wręcz niezbita pewność, że w książce tej poczynając od pierwszego zdania, w którym mowa o tym, że ZANIM (to słowo jest dzisiaj kluczowe) w mieszkaniu bohatera pojawili się dwaj mężczyźni podejrzanej profesji w towarzystwie kobiety o pretensjach do poezji i próbowali wymóc na bohaterze pewnego rodzaju protekcję, ZANIM to nastąpiło, miejsce miała, co oczywiste, wigilia tych wydarzeń, podczas której bohater oddawał się zajęciu zgoła innemu niż przyjmowanie nieproszonych gości… Poczynając od tego zdania, będącego pierwszym, którego nie cytuję, a relacjonuję, a kończąc na p r z e dostatnim, które cytuję: Pod wieczór na werandzie z rozległym widokiem będziemy pić herbatę ? nie ma (dla mnie, w mojej opinii, moim zdaniem ? zaznaczam, by zawczasu zapobiec zbędnym i wyczerpującym polemikom) słowa przypadkowego, szyku nieprzemyślanego, czy znaku interpunkcyjnego postawionego bez zastanowienia.

Z tych powodów pragnę nadmienić, że cieszę się z otrzymanego prezentu i ? kocham Pana, Panie P…u!

2014-01-22 17.41.57small

 

 

 

 

7.01.2014. Bohaterka

 

 

…wielcy projektanci mody – przywódcy największych organizacji terrorystycznych świata… – powiada Jerzy Pilch, a ja, choć od wielu lat kocham i podziwiam miłością skrywaną, podziwem zaś nieskrytym, każde napisane przez Niego słowo, dziś rzec mogę parafrazując Mistrza: powiedzieć, że go kocham, to nic nie powiedzieć. Bo jeśli dotąd wydawało mi się, że nikt w tak upajający mnie osobiście sposób nie opisuje rzeczywistości, jak ON, to dziś, dodatkowo znalazłam w Jego słowach ulgę, mało tego, przyzwolenie na mój wieloletni żal i frustrację wyrażaną dotąd zaledwie nieśmiałym podejrzeniem, że projektanci ubrań zwyczajnie mnie nie lubią. Zresztą, co tam ja, ja mam tu niewiele do samej wprost rzeczy; po prostu: projektanci ubrań nienawidzą kobiet…

 

I jest to tragedia prawdziwie antyczna, jest to konflikt w swej rzeczy tragiczny, bo wbrew temu okrucieństwu, k o b i e t y  u b r a n i a   k o c h a j ą.

Nie ma rady. Będzie płacz. Bo rzeczywistość jest zgoła inna od projekcji ? projektantów. Kobiety bywają:

o krągłych buziach i biodrach,

o krótkich nogach i rzęsach,

o długich tułowiach i nosach,

o krzywych ramionach i zębach.

A wszystkie te, jak i pozostałe ? owszem są piękne.

 

Banał w czystej postaci, czuję więc ziarno żenady, że w ogóle się nad nim pochylam, ale ? czynię to jedynie ze względu na nią. Bohaterkę moją, która coprawda  nie ma psa, a  przy życiu utrzymuje ją jedynie mocne postanowienie… bycia idealną. Zawsze. Wszędzie. Nieprzerwanie. Po prostu. Poznajcie ją…

 

I współczujcie…

 

 

Krem pod oczy. Krem do twarzy. Nawilżający, przeciwzmarszczkowy, 50+. Za wcześnie, ale włókna kolagenowe zaczynają zanikać w wieku dwudziestu lat. Wyścig trwa. Wmasowywanie. Wklepywanie. Baza. Matująca i utrwalająca. Korektor. Rozjaśniacz. W bruzdach przynosowych, na czubku nosa, nad górną wargą, w miejscu nieistniejącej lwiej zmarszczki. Rozjaśniacz. Pod oczy. Dużo pod oczy. Podkład. Wygładzający. Kryjący. Drogi. Puder sypki. Pieczołowicie wciskany w twarz za pomocą gąbeczki aplikującej. Puder sypki jeszcze raz. Omiatany grubym pędzlem wokół konturów twarzy. Baza pod cienie. Cień. Drrugi cień. Kredka. Czarna. Biała. Odżywka do rzęs. Tusz do rzęs. Zalotka do rzęs. Nie. Najpierw zalotka, potem tusz. Odżywka do brwi. W żelu. Bronzer. Bezpośrednio na kości policzkowe. Róż. Tuż. Pod kościami policzkowymi, w załamaniu, które powstaje, gdy zrobić dzióbek wciągając powietrze. Szminka. Nie, najpierw konturówka, potem szminka. W tym samym kolorze. Nałożony uprzednio nad górną wargą korektor, optycznie ją powiększa. A więc szminka. Równo. Na nią błyszczyk optycznie powiększający.

 

Dolce&Gabbana 3 L’imperatrice. Jedenaście psiknięć. Dwa za uszami. Dwa na nadgarstkach, dwa w zgięciu łokcia, jedno w dekolt. Dwa pod kolanami i dwa ? zależnie od planów na wieczór.

 

Buty. Lakierowane szpilki. Długość obcasa 10 centymetrów. Rozmiar 39 (?jak dobrze, że taki popularny, mam szansę wszędzie dostać oczekiwany model?).

Kroki równe i zdecydowane. Rytmiczne. Kręgosłup prosty, broda uniesiona. Ramiona wyprostowane. Brzuch wciągnięty (prawdę mówiąc nie ma co wciągać). Pierś do przodu. Biodra kołyszą. Nieco usztywnione. Paznokcie zadbane. Równo spiłowane. Manikiur hybrydowy. Przeważnie czerwone.

 

Włosy. Symetryczne kasztanowe loki. Lekko uniesione do góry. Ani drgną pod wpływem wiatru. Czy kataru kichnięcia. Nic.

 

 

Śniadanie. Herbata czerwona pu ? erh z grejfrutem. Razowa grzanka. Pomidor na cztery cząstki. Parzony. Bez skóry. Ogórek świeży nieszklarniowy. Przed wyjściem szklanka wody. Przed śniadaniem szklanka roztworu: woda+miód+ocet jabłkowy. Na czczo. Na zdrowie. Naprzód.

 

Do torebki malutka buteleczka. Wrzucona z dźwiękiem uderzającym o klucze. Stosowana bez wdzięku za to w tajemnicy… na ratunek… Augusta.

 

(fragment powstającej powieści)

 

 

Napisałam te słowa, ale ? się pod nimi nie podpisuję… Nagminnie zaś,, przymuszona przez naturę, skracam spodnie i stosuję: czekoladowe kuleczki z orzechem  w środku pakowane w złotko (nie będzie lokowania produktu) i inne zobowiązujące przyjemności produkujące okrągłości, ponieważ…:

photo 1small

 

 

21.12.2013. Autor jako Bohater

Czytałam wywiad z Zygmuntem Miłoszewskim. Oprócz tego, że jest zdolny i przystojny, jest też inteligentny, co niespecjalnie dziwi, bo przecież mężczyźni tacy właśnie są. Co innego kobiety…, jeśli takie są, odnotowuje się to z precyzją i zdziwieniem godnym badacza. W przypadku mężczyzn, w przypadku Miłoszewskiego, w ogóle czuję się niezręcznie, że zwróciłam na to uwagę. Powiedział on w tym wywiadzie, że ma na monitorze przyklejoną kartkę z tekstem ?a może odwrotnie?, która ma mu przypominać, aby nie popadał w rutynę podczas pisania. Bardzo zazdroszczę i podziwiam, nie dałabym rady pisać wszystkiego w tak zwany spak, choć w przypadku kryminału to może być przynajmniej zaczątkiem gwarancji sukcesu. U Miłoszewskiego to działa.

Bo przecież wiadomo, że jak intryga nieskomplikowana, to i zabójca przestaje być tajemnicą, a co to za zabawa czytać kryminał, wiedząc kto zabił. No, chyba że wiemy kto zabił, a cała przyjemność w odnajdywaniu odpowiedzi na pytanie: ale po co? Wtedy będzie to już chyba powieść bardziej niemniej sensacyjna.

W przypadku pytania: ale dlaczego? Może się zdarzyć powieść bardziej niemniej prawie psychologiczna. Chyba ta ostatnia będzie mi najbliższa.

Ponieważ przywiązuję wagę do spójności wizerunku z przesłaniem, w przypadku gdyby po upływie terminów i skomplikowanego procesu twórczego, w którym aktualnie przebywam, udało mi się napisać którąkolwiek z powyżej wspomnianych powieści o odpowiednim natężeniu mroku, chłodu i głodu (emocjonalnego bohaterów ? w czym z upodobaniem chyba jednak przoduję) poproszę wydawcę o zamieszczenia poniższego portretu na okładce i rozpoczęcia noty biograficznej od słów: Będąc mroczną autorką…

Taki portret zrobił mi znany i ceniony fotograf na wypadek, gdybym chciała pisać kryminały i gdyby to się udało.

mroczna auorka

18.12.2013. Bohater a sprawa konfekcji

Nie szata zdobi człowieka ? powiadają. Otóż ja się nie zgadzam! I Coco Chanel też się nie zgadza i ponadto Paul Poiret też się nie zgadza, a nawet on jako pierwszy przed nami dwoma się nie zgadza też. I w ogóle, co to za bzdury, takie rzeczy wygadywać, opowiadać, głosić i podziwu dla własnych, błędnych, sądów oczekiwać. Z tego oto miejsca oświadczam i uprzejmie donaszam (o, proszę, nomen omen prawie), iż nie jest prawdą jakoby szata człowieka zdobić nie miała.

Bo, czy nie przymierzając (o, i znowu!) wyobraźnia nasza podła, przyzwyczajeniem podszyta, jest w stanie wykonkretyzować sobie choćby i, dajmy na to, Marilyn Monroe b e z  białej sukni z amerykańskim dekoltem falującej, z pomocą kratki wentylacyjnej, wokół bioder na planie Słomianego wdowca? Otóż, wyobraźnia, moim zdaniem nie jest w stanie.

Albo Marlenę Dietrich, ale nie we fraku i nie w cylindrze? Może prędzej, ale ? powiadam: słabo. Albo Marlona Brando b e z koszulki (tu może chętnie, ale też bez sukcesów) białej na ramiączkach w Tramwaju zwanym pożądaniem?

Albo Charliego Chaplina b e z? tego wszystkiego, co teraz widzisz drogi (sic!) czytelniku, i bez laseczki? No, nie, nie, po wielokroć nie i basta.

Ale! Powyższe są to przecie ikony. Oko nie mrugnie zanim ich rozpozna, bo ich dobrze już zna i w wewnętrzu swym pielęgnuje uparcie. Co innego bohater ? nowy, młody (czy ja wiem?), no, w każdym razie nieznany jeszcze nikomu i niczemu (nie winien). Ale, sądzić, że taki bohater szaty zdobiącej nie potrzebuje, jest błędem, błędem w postaci czystej, bo on tym bardziej, tym silniej, tym zasadniej udekorowany powinien być. I to wręcz, a i co najmniej, charakterystycznym elementem konfekcyjnym. Jak choćby Rafał z Tej drugiej i jego skórzana kurtka po ojcu Karolu.

Z tego samego powodu zdanie: „Colin westchnął z ulgą i pękły mu szelki” jest jednym z genialniejszych zdań w literaturze (niestety, nie moim, a Viana Borisa).

Otóż, a także w związku z tym, oświadczam i donaszam, że szata zdobi człowieka, a konkretny i pieczołowicie dobrany przynajmniej jeden element konfekcji ? c z y n i Bohatera, co udowadniam poniższym fragmentem nowopowstającej powieści:

– Dzień dobry się z państwem ? drzwi na parterze uchyliły się i wyślizgnął się z nich adekwatnie oślizgły Tadeusz. Ubrany w biały, porządnie przybrudzony, garnitur i klapki kubota wdziane na niebieskie skarpetki. Ze szpary zawiało przetrawionym alkoholem i dobrze zakonserwowanym brudem, a z dziury w prawej skarpetce wychynął wielki paluch.

– Czy dla Tadeusza dobry, to ja nie jestem pewna. ? skonstatowała Mila.

Się okaże, jak panienka każe ? Tadeusz ukłonił się nisko. Zauważył dziurę w skarpecie, wystający niedomyty palec i na swoją wątpliwą obronę oświadczył ? Ciepło bedzie dzisiej…

 

 

13.12.2013. Bohater i telewizja.

Przymuszona przez okoliczności przyrody i skoki temperatury, zajęta głównie wypełnianiem zawartości chusteczki zawartością nosa, a wewnętrznej powierzchni gardła różnego rodzaju i koloru, o smaku nie wspominając, specyfikami do tak zwanego ssania, nadrabiam zaległości telewizyjne. A właściwie nie nadrabiam, bo ogromu tej masy nie sposób wchłonąć. Mało tego, ochłonąć po tym wszystkim niepodobna.

Stąd, sięgam do wniosków jednego z moich bohaterów (drugiej powieści), pod którymi podpisuję się niezmiennie, oczywiste, że obiema rękami (którymi ją napisałam), a wręcz potwierdzam jego opinie ze zdwojoną siłą, mocą i przekonaniem.

Chudy, masz jakąś flaszkę, żeby uczcić porę dnia? ? zapytał Rafał siadając na podłodze.

– Pora na telesfora już minęła, ale flaszka się znajdzie w przepastnicy mojej piwnicy… ? zakręcił się w okolicy lodówki.

– A w okrężnicy, ha ha?

– No, tam nie sięgajmy.

– Pić mi się chce… Co robisz? ? Rafał był jakiś nieswój.

– A żyć ci się chce? Telewizję oglądam, nie widać aby?

– Masz zajęcie, godne mistrza ? mruknął Rafał pstrykając mechanicznie po kanałach.

– Jak ta lala, powiem ci.

– Kto jest talala?

– Nie znam, nie spałem, a ty?

– Przecież tu nic nie ma, gówno jak w dupiu.

– Otóż i to właśnie. Badania prowadzę ? Chudy już rozlewał whisky do szklaneczek.

– Badania?

– W jakim stanie znajduje się mózg dorosłego mężczyzny po paczce papierosów i butelce czerwonego wina poddany oszałamiającej papce bloku reklamowego przerywanego filmem.

– I co ci wychodzi?

– Wychodzi to kopciuszek w połowie imprezy, a potem latasz z butem i szukasz wiary w polu…

– Chyba wiatru…

– Ja szukam wiary, jak mi kobieta spieprzy przed północą, a ty jak chcesz, wiatru szukaj, chociaż ty chyba nie masz przypadków uciekinierskich.

– Nie wiem…, stary, wszystko mi jedno…

– No i jak tak patrzę, to mam konkluzję jedną i zatrważającą, Drugi…

Rafał patrzył wyczekująco smakując whisky.

Stary, trwa masowe ogłupianie narodu. Komunizm robił to wódką. Kapitalizm robi to telewizją.

– Co racja to racja, Chudy, rzygać się chce.

– Prawdziwy paw królowej się zapowiada. Trzeba chuj w bombki strzelić i wrócić do książek. Książka. Prasa. Ruch! ? ogłosił tonem proroka i teatralnym gestem wyłączył telewizor.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       (Ta druga, słodka i ostra, fragment)

 

 

 

6.12.2013. Bohater z krwi i kości

(fragment powstającej powieści) ;-)

Waldemar był piękny, miał klasę i dużo pieniędzy niewiadomego pochodzenia. Ale jakież to było nęcące, łechcące, słodko ? drażniące. Jakie obezwładniająco nudne i rozkosznie obrzydliwe. Z jakąż lubością Mila wykładała się na miękkim leżaku na brzegu basenu z drinkiem zdobionym parasolką. Jak w amerykańskim filmie.

 

– Podobno gość, który wymyślił te parasolki do drinków jest miliarderem. – lubił powtarzać Waldemar podając żonie zawsze odpowiednio schłodzone szklaneczki. Tak, wiedziała o tym. Tak, zarejestrowała. Tak, powtarzał jej to za każdym razem, mimo iż nie miał pojęcia o podstawowych zasadach retoryki. Że każdą informację należy powtórzyć co najmniej trzy razy, aby się utrwaliła.

 

 

Było zabawnie. Waldemar był zabawny. Jego opalone ciało znakomicie się prezentowało unosząc się na turkusowej tafli wody w basenie. Specjalnie barwionej niesyntetycznym barwnikiem sprowadzanym Skądśtamsram. Równie znakomicie prezentowało się w garniturach (c)Hu(j)go Bo ssa i samochodach marki mercedes. Zmienianych średnio raz na pół roku. Podobnie w drogich restauracjach i na lotnisku. Tak, do lotniska Waldemar pasował szczególnie. Zresztą, ha! Waldemar pasował do wszystkiego, co miało szyk. Do Mili też, choć ona szyku lubiła nie miewać. Właśnie Waldemarowi na tak zwaną złość. Nie można powiedzieć, żeby to zauważył. Zbyt był zajęty swymi interesami, kontami, przelewami, telefonami i wydawaniem bliżej nieokreślonych dyspozycji, wskutek których wykonania miało mu przybyć gotówki na wyżej wymienionych kontach. Wtedy jego ciało, o którym wciąż mowa, jak wyżej, nabierało wywołujących dreszcz ruchów. Była to choreografia sukcesu. Owszem, tak. On to miał. Jego ciało było, miało ? wintydżowy magnetyzm (…)

 

Waldemar, któremu, jak podejrzewała Mila, osobista matka nieprzypadkowo dała imię ordynata Michorowskiego z Trędowatej, którą w latach siedemdziesiątych opłakiwały wszystkie Polki zakochane bez pamięci w tymże ordynacie. Tegoż zaś z seksualną, jak na tamte czasy, brawurą, grał modelowy amant polskiego kina Leszek Teleszyński. A zatem Waldemar, niewątpliwie naznaczony przez matkę piętnem seksapilu i sukcesu, bawił się życiem w najlepszym gatunku. Potrafił on to. Dzikie kobiety, dobre narkotyki i loty balonem po pijanemu. Lub: drogie dziwki, perfumowane karły i sikanie na stojąco do basenu. Klasa sama w sobie (…)

 

4.12.2013. Bohater szuka powietrza, a akcja nie posuwa się naprzód

Mój Bohater szuka powietrza. Żeby głęboki oddech wziąć. I może i komuś pachnie Świętami. Zazdroszczę niezłośliwie. Tutaj: wręcz przeciwnie.

Śmierdzi mi tu coś. Bezwzględnie. I nie chodzi nawet o przebieg akcji. Przebiegu być nie może, nawet przejścia nie ma, co tam ? swobodnego spaceru nawet odbyć nie można. Bo wkoło smród. Fakty są bezwzględne. Suche, nagie i śmierdzące. Padł szczur. Gdzie i po co? Kto go zabił i dlaczego? Komu przeszkadzał żywy? Bo niezaprzeczalnie teraz wszystkim przeszkadza martwy. A może ktoś podrzucił martwego już? Podejrzewam najgorsze. Najstraszniejsze. Zresztą, w ogóle pisanie wykluczone, akcji na tak zwany przód posuwanie. Mało tego, jakiekolwiek czynności wykonywane nie mogą być. Nikt, a wszyscy wiedzą, że jak ?nikt? to każdy, pracować w skupieniu nie może. Bo i faktycznie o stan skupienia tu idzie. Nie nasz, choć też, ale i szczura w szczególności. Bo on już chyba nie tylko w stanie rozkładu, ale może i ciekłym jest.

Różne są sposoby oswajania martwego szczura. Wyszukane i mniej. Żyć trzeba.

Można oswojonego martwego szczura przygarnąć w przestrzenie swoich nozdrzy, ale grozi to? zwrotem?wiadomo czego, i na pewno nie akcji.

Ale można sięgnąć luksusów. Perfuma ze szczura? Pomysł niegłupi, przedni, a wręcz w swojej brawurze genialny.

Eau de perfume Rat in oranges.

Wiodąca nuta głowy: szczur.

Wysublimowana nuta serca: pomarańcze.

I nuta bazowa: piżmo delikatnie zmieszane z kurzem.

Wszystko jest dla ludzi. Podobnież.

Ale czy dla akcji to niezbędne?

A może to ten trup, co posuwa ją naprzód?? Albo osuwa na podłogę?

2.12.2013. Zabić Bohatera

Próbuję zabić bohatera. Prawdziwie angażuję się w tę zbrodnię. Przymierzam. Przyglądam. Zacieram ręce nad klawiaturą (także z tego powodu, że zimno), choć z natury mordów nie lubię, nawet się właściwie boję konkretnie, ale tu ? wiadomo ? akcja ma swoje wymogi. Trzeba sprostać. Powinno się. Inaczej, nomen omen, m a r t w y punkt w narracji. Ale – nie jest łatwo. Nie dlatego, że jest mi szczególnie bliski. Nie, to nie. Bliższy pewnie jest mojej bohaterce, która mnie jest z kolei bliższa. No, ale tak czy inaczej, próbuję dokonać czegoś wielkiego ? wpłynąć znacząco na przebieg akcji. Spektakularnie zabić w tragicznych okolicznościach przyrody z towarzyszeniem fajerwerków cierpienia bliskich mu osób. Nie idzie.

Nie mogę. Nie dlatego, że jest mi szczególnie bliski, jak mówiłam, ale dlatego, że od kilkudziesięciu minut dobiega mnie nieprzerwanie próba wokalna pewnej zdolnej artystki, której twarzy co prawda nie widzę, ale nazwiska się domyślam. I nawet nie to. Lubię muzykę. Doceniam. Podziwiam. Fascynuje mnie wręcz, bo w ogóle jej nie rozumiem, ja, która czasem nawet własnych myśli nie słyszę, chylę czoła przed każdym, który potrafi melodyjnie zaśpiewać ?sto lat?. No, ale tu bohater czeka na śmierć. Czeka. A ja? Palce na klawiaturze ani drgną, ani dygną, ani śmigną. Nic. Bo? Bo jak tu zabijać, kiedy z dołu dobiega afirmacja prokreacji: ?A ja wolę seks, choć męczący jest??, czy jakoś tak śpiewa artystka. Nie można zabijać. Życie trzeba szanować. Swoje. Cudze. Każde. Poczęte. Bohatera też. A nawet w szczególności. Poczekam. Jutro. Jutro zabiję.

 

1.12.2013. Bohater

Przeczytałam ostatnio w książce Janusza Głowackiego, którego chwaląc się ? miałam okazję poznać osobiście, a nawet z lotniska odbierać o jakiejś niewybrednej porannej porze.

 

PS. To o której on musiał wstać, żeby wylecieć i na czas przylecieć, abym mogła go odebrać przyjeżdżając?

 

?Chwaląc się? ? piszę świadomie, bo w tym wypadku zasada ?nie obsrywaj sam siebie, inni to za ciebie zrobią? nie działa niestety w negatywie: ?nie chwal sam siebie, inni to za ciebie zrobią?. Otóż w większości przypadków, przypuszczam, że wątpię, iż zrobią. Raczej nie zrobią, raczej nie pochwalą, więc samodzielnie dźwignę to brzemię niezręczności i nieskromności i pochwalę się sama – swoją ?poznajomością? z Januszem Głowackim, ale nie o to…

Przeczytałam ostatnio w książce Janusza Głowackiego ?czyli jak pisał scenariusz o… dla…? – o jednym n i e z w y k ł y m człowieku dla innego w i e l k i e g o reżysera, co samo w sobie jest wystarczająco kasowe i chwytliwe; taka książka nawet nie musi mieć wyszukanego tytułu, a ta ? ma! faktycznie wyszukany – w zasobach błędnych form językowych i indywidualnym narzeczu bohatera, ale znowu nie o to…

Przeczytałam ostatnio w książce Janusza Głowackiego o tym, jak pisał ten scenariusz i napotkał na pewne, niezależne od niego, trudności w budowaniu pozytywnego wizerunku bohatera. I wówczas przywołał znanego reżysera amerykańskiego Cecil B. DeMille’a, który zamknął się w sali kinowej, by obejrzeć jedną z pierwszych wersji filmu, po czym stwierdził: Nie lubię tego bohatera. Dać mu psa.

Bo wiadomo ? tu wyjaśniam tym, co w zwierzętach nie widzą specjalnie nic miłego ? jak ktoś ma psa m u s i być dobrym człowiekiem, być przynajmniej w porządku, albo chociaż miał ciężkie dzieciństwo. Także z tego – prócz kilku innych nie mających znaczenia dla przebiegu tej akcji – powodu samotni ludzie mają koty ? żeby nie budzić aż t a k i c h podejrzeń, a pijacy z psami na spacerze nie budzą z kolei aż t a k i e j odrazy jak ci bez psów.

I, osobiście uważam stwierdzenie: Nie lubię tego bohatera. Dać mu psa, za genialne w swej prostocie zobrazowania problemu w literaturze/filmie/teatrze głównego, nadrzędnego, acz przez wielu w ogóle ignorowanego: jak stworzyć bohatera, by dał się lubić?

Jest kilka prostych zasad, a wśród nich sprawdzone złote środki: musi być ładny i dobry.

Ale, porzućmy bajki dla lalek.

Bo – jeśli jest ładny i niedobry? Da się jeszcze lubić, ale ? uwaga! ? tylko kobietom. Mężczyźni ładnych i dobrych tolerować nie będą. Zwłaszcza ładnych.

Jeśli jest nieładny i dobry? Da się lubić mężczyznom i niektórym kobietom ? bez gustu.

 Jeśli jest nieładny i niedobry? Mężczyznom może jeszcze imponować, ale kobietom? Wykluczone!

Ale jeśli bohater jest kobietą…?

Właśnie. Próbuję znaleźć te wszystkie niezawodne środki, albo przynajmniej jeden choć;-) by polubić moją nową bohaterkę, ale ona jest…

 

24.11.2013. Palący Bohater

Odkąd wprowadzono zakaz palenia w budynkach, palacze wylegli masowo przed biurowce, przed restauracje, ale przede wszystkim na ulice. Wstaję rano, myję się, smaruję balsamem i skrapiam perfumami dobrej marki i świeżego zapachu. Wychodzę do pracy. Dzień jest piękny, słoneczny, choć chłodny, ptaszki ćwierkają, drzewa kwitną, kurierzy przejeżdżają oznakowanymi samochodami. Blisko mam. Z domu do pracy pięć minut wolnym spacerem w centrum miasta? cudownie jest? Mijam portiera i portierkę z sąsiadującego z moją starą kamienicą nowoczesnego apartamentowca, kierowcę ciężarówki zaparkowanej na zakazie zatrzymywania, grupę ?fachowców? robiących remont w pobliskim biurowcu, sprzedawcę jaj na pobliskim ryneczku, rowerzystę, listonosza i kobietę z psem ? oboje w wieku średnim.

Z całej tej grupy nie pali i nie dmucha na mnie śmierdzącym dymem tylko listonosz, rowerzysta, no i pies…

A jednak, kiedy Bohater pali bezwzględnie jest sexy. Bohater z papierosem może więcej, może być mroczny, zagubiony, pijący, mordujący, zdradzający i nielubiący zwierząt, a już na pewno dzieci – a jednak jest wart nie tylko grzechu zaniechania codziennych czynności domowych z powodu oddania się  lekturze!

Mój Bohater musi palić. Przynajmniej jeden z moich bohaterów koniecznie musi palić. Dmuchać. Dymić. Nachylać się nad paczką zapałek. Mrużyć oczy w oparach papierosowego dymu.

No, nie mogę się oprzeć palaczowi – w literaturze.

W życiu – mniej…